
W szpitalnych serialach operacja to spektakl. Lekarze zbierają cały zespół, analizują każdy ruch, każde słowo, każdy cień na zdjęciu. W międzyczasie w dramatycznej scenerii przesłuchują rodzinę, przyjaciół, odkrywają kolejne tajemnice życia pacjenta – wszystko po to, by znaleźć przyczynę choroby i uratować życie. A sam pacjent po cudownym ozdrowieniu nagle staje się niczym mnich codzienności: rzuca nałogi, zaczyna biegać, wraca pokornie do rodziny. W jeden dzień pojął wszystkie cnoty zwykłego życia, jakby nagle rozszyfrował skrypt, którego zwykły śmiertelnik nie potrafi przeczytać.
A … w prawdziwym życiu…
On – znów pojawił się z tymi samymi obietnicami, tak samo czarujący, męski i tak bosko pachnący.
A Ona, trwając w swojej silnej woli i pewności, czego chce od życia, postanowiła po raz setny mu zaufać, zostać jego kochanką i cierpliwie czekać na romantyczne zakończenie.
Teraz najwłaściwszy byłby śmiech, bo skończyło się jak za pierwszym, dwudziestym i dziewięćdziesiątym dziewiątym razem. Jego słowa bez pokrycia, ta sama obojętność i to samo chłodne podejście do niej samej.
Nie poddając się i odrzucając to, co podpowiadał jej rozum, wmawiała sobie, że jest i będzie dobrze.
Zorganizowała podróż do „wspomnień”: dawny hotel, w którym pierwszy raz spędzili upojny weekend jako kochankowie. Alkohol, seks, dobry nastrój – a i tak czuła, że czegoś brakuje.
Powrót. Szybkie spotkania w trasie na kawie, potem coraz rzadsze i rzadsze.
Ona czuła, że bardziej się od niego oddala, a jego w ogóle nie ma.
Że to, co jej daje, to nie jest to, czego chce. Wiedziała, że nie może się na to zgodzić.
Ale jak długo się dało, odwlekała te myśli. Czekała na jego ruch. Na coś, co sprawi, że myśli i odczucia znikną.
Mówi się, że człowiek uczy się na błędach. Czyżby? A może bardzo by chciał, ale nigdy mu nie wychodzi? Może to tylko mit, który sobie opowiadamy, żeby nie bolało tak bardzo?
A może wcale nie musi, właśnie powtarzanie błędów dodaje życiu smak. Bo co by zostało, gdybyśmy za każdym razem wybierali mądrze? Nuda?
Wyobraźmy sobie świat, w którym każdy po pierwszej porażce staje się anielsko rozsądny i przewidywalny. Zero romansów, idealna praca, same właściwe decyzje, prywatny raj na ziemi.
Trochę jak życie na diecie pudełkowej – zdrowo, książkowo, ale… czy naprawdę chcemy jeść tylko kurczaka z brokułem?
Powtarzanie błędów ma w sobie coś z hazardu. Jest adrenalina, czekanie na wynik i znajome uzależnienie od nadziei.
Bo może nie o niebiańskie życie chodzi, lecz o piekielny żar, który rozpala serce i przypomina, że naprawdę żyjemy.
A życie, choć czasem przewidywalne w konsekwencjach, potrafi być fascynujące właśnie dlatego, że gramy w te same gry, licząc na inny wynik.
Z drugiej strony – czy naprawdę chcemy spędzić życie na powtórkach?
Czy satysfakcjonuje nas historia, która zawsze kończy się tak samo?
Oglądanie w kółko tego samego filmu nie zmienia zakończenia, jedynie pogłębia znużenie.
Może właśnie w przerwaniu schematu, a nie w jego powtarzaniu, kryje się prawdziwa szansa?
Więc lepiej błądzić, popijając mocnym drinkiem z adrenaliny, czy stać w miejscu i nigdy nie zaryzykować?
Nie wiem.
Wiem tylko, że błędy nigdy się nie kończą – pozostaje pytanie: czy będziemy oglądać powtórki, czy spróbujemy napisać nowy odcinek?


Dodaj komentarz