
Czyż nie mamy w tym roku pięknej jesieni? Idąc do pracy Bulwarem przy Wiśle, słuchając energetyzującej muzyki i oglądając z rozbawieniem łabędzie, które nurkując wystawiają ponad wodę odbyt, napotykam znajomą, która burzy mój spokój mrożącym krew w żyłach opowiadaniem.
Była sobie kobieta, która zainwestowała 12 lat swojego życia w skomplikowany związek z mężczyzną (jeżeli księdza można nazwać mężczyzną). Znosiła częste wyjazdy, spotkania w ukryciu, okłamywanie rodziny i przyjaciół (uściślając – jednej przyjaciółki, bo tak zatraciła się w uczuciu i tak od niego uzależniła, że nikogo innego nie potrzebowała).
Z pozoru można pomyśleć, że to zdrowy związek i nic w nim dziwnego, oprócz zawodu ukochanego. Mieli wspólne konto, a w nim wspólne oszczędności. Nawet kupił jej mieszkanie, które służyło do ich tajemnych spotkań i w pewnym sensie miało być dla niej nagrodą za miłość.
Pewnego dnia ta zakochana kobieta znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Nikt nie wie, co się z nią stało. Rodzina i przyjaciółka są w rozpaczy, rozpoczynają się wielkie poszukiwania.
Ukochany tymczasem spokojnie kształci się za granicą. Gdy dociera do niego wiadomość o zaginięciu kobiety, nie zamierza wracać – w kraju zjawia się wyłącznie na wezwanie Policji. Na koniec, dowiadując się, że stracił nie tylko ukochaną, ale i całą resztę, rzuca chłodno: ‘To były NAJGORZEJ ulokowane pieniądze.’
Jakiś czas temu usłyszałam w pewnym rozwodowym podcaście stwierdzenie, że miłości nie możemy rozliczać jak rachunków.
Hmmm… czyżby?
A może jednak wszystko w niej przypomina inwestycję: wkładamy czas, energię, emocje, a w zamian oczekujemy – choćby cichego poczucia bezpieczeństwa. Nawet jeśli nie prowadzimy kalkulacji w excelowskim arkuszu, to w głowie często pojawia się znany bilans: „czy daję więcej, niż dostaję?” – a to już brzmi jak fragment sprawozdania finansowego, a nie jak sonet o miłości.
Jeśli spojrzeć wstecz, małżeństwo od wieków przypominało raczej umowę handlową niż romans. Posag, ziemia, dobre nazwisko. Serce – o ile w ogóle miało głos – było raczej na końcu listy wymagań. I nikt nie udawał, że jest inaczej. Był kontrakt, były warunki, było poczucie, że to inwestycja na całe życie.
A jednak zawsze gdzieś obok unosiła się werterowska iluzja miłości – co niby burzy mury, porywa serca i udaje, że nie zna granic. Niczym w dzisiejszych czasach kredyt hipoteczny, brzmi jak spełnienie marzeń, choć zachwyt mija po kilku ratach.
Może właśnie tu tkwi paradoks: miłość zawsze była jednocześnie kontraktem i poezją. W papierach wszystko wygląda jak transakcja, a w sercu – jak największe szaleństwo. Możemy ją przeżywać jak chcemy – rozsądnie albo szaleńczo – a i tak historia kończy się zwykle podobnie: ktoś daje więcej, ktoś mniej, a rachunki nigdy się nie zgadzają.
Z drugiej strony – czy naprawdę chcemy sprowadzić uczucie do księgowości? Czy miłość, mierzona w bilansach i procentach zwrotu, nie traci swojego najważniejszego sensu? Romantyzowanie bywa naiwne, ale czy to nie właśnie ta naiwność nadaje życiu smak?
A co, jeśli nic się tak naprawdę nie zmieniło? Może zmienił się tylko język – zamiast hektarów ziemi, obiecujemy „nie całe i niepewne życie”…
Więc jak jest naprawdę? Czy lepiej wierzyć w piękną, nierozsądną opowieść o uczuciu, które nie liczy kosztów? Czy raczej przyjąć do wiadomości, że miłość bywa najdroższą inwestycją, w której nikt nie daje gwarancji zwrotu?
Wiem tylko, że niezależnie od tego, jak ją nazwiemy – i tak zawsze wchodzimy w tę grę, licząc, że tym razem wygramy więcej, niż stracimy.


Dodaj komentarz