Na krawędzi bajki

NA KRAWĘDZI BAJKI

Tam, gdzie kończy się rzeczywistość, zaczyna się bajka.

W moim dzieciństwie najważniejszy był tylko kolejny dzień, bo każdy dzień był przygodą. Budziłam się z ekscytacją. Jedyną moją myślą było: co dzisiaj się wydarzy, kogo spotkam i w co będziemy się bawić.
Pamiętam, że nasza kreatywność nie miała granic — jedyne, co ją ograniczało, to czas, który wyznaczali nam rodzice na przykład na nikomu wtedy niepotrzebny obiad albo wtedy kiedy bez powodu twierdzili, że jest już za późno, choć ja miałam zupełnie odmienne zdanie.

Później tę beztroskę temperowali nie tylko rodzice, ale i szkolne dzwonki.
Nie powiem — lubiłam szkołę.
Nie dlatego, że byłam jakimś wybitnym uczniem, ale… coś się tam działo.
Byli ludzie, historie, drobne dramaty i wielkie odkrycia.
A czas wciąż nie był problemem.
Zaczął nim być dopiero wtedy, gdy w rozkładzie dnia pojawiło się „odrabianie lekcji”.
To był moment, kiedy po raz pierwszy zrozumiałam, że dorosłość to nie wiek — to utrata przywileju bycia zajętym głupotami.

Choć moje dzieciństwo nie było idealne, miało w sobie magię. Taką, której się nie planuje i nie mierzy zegarkiem.
Nie wiem, kiedy to się skończyło.
Kiedy czas przestał być tłem, a stał się głównym bohaterem.

Może wtedy, gdy zaczęłam odliczać dni do dorosłości.
Bo przecież dorosłość miała być nagrodą – miała oznaczać wolność, decyzje, władzę nad własnym życiem.
I tak bardzo chciałam tam być.
Nie mogłam się doczekać osiemnastki.
Byłam absolutnie przekonana, że od tego momentu wszystko się zmieni.
Jak?
No… po prostu — magicznie.

I tak oto dorosłość przyszła.
Bez fanfar, bez konfetti, bez momentu, w którym ktoś wręcza certyfikat z napisem: „Gratulacje, jesteś dorosła! Od teraz tylko bogactwo, sukcesy i zabawa.”
Nie wiem, jak u innych, ale u mnie pojawiły się dwa słowa, które stały się mantrą: „muszę” i „powinnam”.
Do mojego życia wkroczyły nowe pojęcia: problemy, choroby — moje i bliskich, śmierć, pogoń za stołkiem w pracy, frustracja, nienawiść, żal i ogromne rozczarowanie.

I tak, chwilę przed moimi urodzinami, przeglądając najnowsze statystyki dotyczące długości życia, uświadomiłam sobie, że zostało mi około 1768 tygodni życia.
Brzmi całkiem konkretnie, prawda?
1768 poranków, które mogą być piękne albo po prostu zwyczajne.
1768 szans, by wypić kawę w ciszy albo od rana odhaczać wymyślone obowiązki, za które w przeszłości przeklinałam rodziców.
1768 dni, żeby coś poczuć, zobaczyć, zachwycić się lub po prostu przetrwać.

I może to właśnie świadomość ograniczenia czasu sprawia, że coraz częściej łapię się na tym, że chciałabym znowu być tym dzieckiem, które ma przed sobą tylko kolejny dzień.
Nie martwi się o jutro, nie analizuje traum dzieciństwa, nie planuje życia do ostatniego szczegółu, nie mierzy każdej minuty efektywnością i sukcesami.

Bo czy my jeszcze pamiętamy, jak to jest nie liczyć czasu?
Czy w naszym, obecnie dorosłym życiu, w ogóle potrafimy poczuć jeszcze niczym nie skażoną beztroskę?

Mamy technologię, której zadaniem jest nam go oszczędzać.
Mamy smartfony, które myślą za nas, odkurzacze, które same sprzątają, lodówki, które mówią, że kończy się mleko.
Mamy aplikacje do planowania, do oddychania, do przypominania, kiedy odpocząć, a kiedy iść.
A w całkiem bliskiej już przyszłości — nowe buty, które uniosą nas nad ziemią, by szybciej się przemieszczać.

Spotkania zamieniliśmy na wiadomości.
Rozmowy – na powiadomienia.
Bliskość – na dobre połączenie Wi-Fi.
Mamy wszystko szybciej, lepiej, tylko czy naprawdę mamy więcej czasu?
Czy może zamiast żyć, tylko przyspieszamy rytm życia, ścigając iluzję wolności?
Czy nie zdarza się Wam patrzeć na zegar i myśleć: „Dzień minął, a ja nie zrobiłem nic dla siebie”?
Czy to możliwe, że gonimy życie, a tak naprawdę mijamy je bokiem, obserwując zza szyby?

Może życie tak wygląda — masz czas na beztroskę po to, by w przyszłości dobrze realizować życiowe powinności. A dorosłość to czas, w którym zwalniamy, aby zmierzyć się z myślami o końcu drogi, doświadczając rozczarowań, które pozwalają oswoić się z wiedzą, że nie zdążymy ze wszystkim.

Zostaje mi tylko życzyć: dobrej drogi. Póki mamy jeszcze czas.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Witaj na krawędzi bajki,

Jestem zwykłą kobietą z niezwykłą potrzebą pisania. Zawsze mam więcej pytań niż odpowiedzi. Słowa to mój sposób na oswajanie codzienności i przekonywanie siebie, że życie da się poskładać w sensowną całość, nawet jeśli jego początkiem jest chaos. Znajdziesz tu kawałek mnie i być może, także fragment siebie. A jeśli nie, to wierzę, że znajdziesz w tu emocję lub myśl, która zostanie z Tobą na dłużej.

Let’s connect